piątek, 20 listopada 2009
Ostatni dziadek
20 listopada 2009 roku umarł mój ostatni dziadek. Tym samym, kończy się pewien rozdział w historii mojej rodziny, a ostatni świadek "tego co było przedtem" odszedł z tego łez padołu.
Proszę o nie składanie kondolencji.
Matka Joanna od pedałów...
... i jak jej nie kochać..?

czwartek, 19 listopada 2009
Matematyka uczuć
Okropny tydzień... Przeczołgali mnie na polibudzie. Wczoraj byłem tak zmęczony, że zasypiałem w połowie czytanej strony. Momentami załamuję ręcę... ale staram się trzymać filozofii, którą na siłę lansuję: Przejmować się dopiero, kiedy postawią cię przed "trybunałem" egzaminującej komisji.
Ciągle jestem w grze. I nie żalę się nikomu, bo sam się w to wpakowałem. Chciałem, to mam. I nie zegnę karku...
***
Stało się już tradycją, że w czwartki, po ostatnim wykładzie, kiedy przychodzi już przedweekendowe rozluźnienie, jadę "na drinka" na Kazimierz. Zwykle spotykam się tam z TKNOCC'em i Jerzozwierzem.
Dziś był tylko Jerzozwierz. Kolejna opowieść o kolejnym romansie. Przyznam, że zamiast mnie to irytować, bawi mnie to. To jak odcinki gejowskiej telenoweli.
I w głębi duszy mu zazdroszczę. On przynajmniej w ciągu jednego weekendu zdąży się przejechać po sinusoidzie uczuć. Moja funkcja ma znikome różnice w wartościach, a minima lokalne zdają się przeważać nad maksimami. Cholera... A jak któreś z maksimów lokalnych, było już globalnym?
poniedziałek, 16 listopada 2009
Nowe upiory
Ciężkie jest życie hipochondryka...
Do śniadania oglądam wczorajsze wiadomości na TVN24.pl. A tam: Grypa. Śmierć. Stan krytyczny. OIOM. Obustronne, miąższowe zapalenie płuc. Rząd nie chce szczepionek, bo groźne.
Wyłączam. Wrzeszczę do swojego zdrowego rozsądku.
Tramwaj. Każda kaszląca osoba jest mi wrogiem. Każdy stanowi inkubator zarazy. Imperatyw umycia rąk po przyjściu do pracy jest silniejszy, niż cokolwiek innego. Management informuje: w biurach zostaną zainstalowane dozowniki płynu do dezynfekcji rąk. Jezu, jak się cieszę...
Praca. W tle zawsze mam włączony jakiś serwis informacyjny. 26-latek z Krakowa umarł w nocy w szpitalu. Grypa. Zapalenie płuc. OIOM. Śmierć. Szybko, szybko... wyłączyć to...
Dzwonię do mamy. Jest inspektorem SANEPID'u, więc to doskonałe źródło informacji epidemiologicznej. Opowiadam jej o mojej nerwicy, która najwyraźniej znalazła sobie nowe pole do działania. Kurewska choroba... Już zaczęła wytwarzać objawy. Uczucie gorączki, dreszcze, nawet kaszel! Szybko, na dwór, na świeże powietrze. Przynosi ulgę. Odczepia się, po kontrataku ćwiczeń relaksacyjnych i ostrej autoreprymendzie zdroworozsądkowej.
Dlaczego ja, człowiek racjonalny, daję się zwariować?! Śmiertelność nie przekracza nawet 0.1%! Dlaczego zakładam, że istnieje realna groźba, że mógłbym znaleźć się w tym procenciku?!
Los też płata figle.
HollyMen wciela się wieczorem w rolę mojego szofera. Musiałem zabrać resztę rzeczy pozostawionych w starym mieszkaniu. Wsiadam do jego samochodu i od razu zauważam, że coś jest nie tak. Rozchorował się... Pytam o przebieg i objawy... i z każdym słowem robi mi się zimniej. Choroba pojawiła się nagle. Ból głowy, osłabienie, gorączka, ból gardła, ból mięśni. I brak kataru! Podręcznikowa grypa... Zacisnąłem zęby, aby zachować spokój. Patrzę na niego i myślę sobie: "Ty debilu... Czy on wygląda, jak umierający?!"
Nie mogę sobie wybaczyć, że moja "dolegliwość psychiczna" pozbawiła mnie tarczy racjonalizmu. Że zaczynają mną rządzić emocje. Że poczułem strach, mimo, że statystyki są raczej uspokajające i mimo wiedzy, że jestem świadkiem jednej z największych medialnych histerii w dziejach. I przy okazji największych, bezpłatnych, ba, niesamowicie intratnych, badań klinicznych na całych narodach.
I ciągle prześladuje mnie wizja, która wyskoczyła nagle jak Filip z konopi. Oto widzę miasto Oran, opisane przez Alberta Camus i starego dziada, który buja się na krześle u progu swego domu i diabolicznie chichocze, mówiąc: "Wychodzą, wychodzą"...
czwartek, 12 listopada 2009
Zdeterminowany

Kolega przesłał mi dziś powyższy obrazek.
Czyżby komuś przyszło do głowy, że Kain składa broń? Nigdy!
Koniec świata
Nigdy nie byłem wielkim fanem Michaela Jacksona, toteż nie miałem jakichś wielkich oczekiwań, kiedy wraz z Najbardziej Wtajemniczoną, HollyMan'em i Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wypowiadać przekraczałem próg sali kinowej.
Mam mieszane uczucia, co do tego, co zobaczyłem... Doskonale zdaję sobie sprawę, że film to element szerszej akcji próby zarobienia (zresztą, obserwując ostatnie dane finansowe, całkiem udanej) na śmierci artysty. Wrażenie zrobiła na mnie niesamowita liczba ludzi zaangażowanych w jego koncerty, które, o czym wcześniej nie wiedziałem, były jednym, wielkim, starannie wyreżyserowanym show. Jackson doskonale zdawał sobie sprawę, że sprzedaje widzom doznania i nie dorabiał do tego jakiejś wielkiej ideologii (no może poza bardzo naiwnym przesłaniem ekologicznym). Sam Jackson tryskał energią, choć ubrania wisiały na nim jak na szkielecie. Z całego filmu najbardziej podobali mi się jego tancerze, na których smakowite sylwetki nie mogłem się napatrzeć...
Michael Jackson królem popu był. To bezdyskusyjne. Tak samo jak to, że na świecie są sukinsyny, dla których jego śmierć stanowiła jedynie "wonderful financial opportunity".
***
Dlaczego nie mogliśmy odzyskać niepodległości w jakimś ciepłym miesiącu? Ludzie powinni świętować wolność gdzieś na łonie natury. Tam przynajmniej nie zagraża odbiornik telewizyjny, w którym można obejrzeć wzdęcie godnościowe naszego prezydenta.
Paradoksalnie, ja i prezydent mamy coś wspólnego. Obaj się paranoicznie boimy. Lechu boi się, że Polska straci suwerenność i że zgnilizna Zachodu pokala swoim relatywizmem jego wizję polskości z czasu ostatniego zajazdu na Litwie. Lechu boi się końca swojego świata.
Ja boję się, że trawi mnie choroba. Rak. A tak naprawdę to boję się brać odpowiedzialność za cokolwiek. Wchodzenia w relację. Przeżywania straty. Straty życia, cennych lat, partnera, etc. Dlatego nie mam partnera. Bo nie można stracić czegoś, czego się nie ma.
Boli mnie dusza i ciało... A może to pierwsze promieniuje na to drugie? A ja i tak ciągle się boję, że jednak to drugie na to pierwsze...
Taki już los neurotyka-hipochondryka. Potrzask w błędnym kole nerwicowym.
***
Lubię oglądać zniszczenie. Zwłaszcza implozje budynków mógłbym obserwować godzinami. Najlepiej z muzyką Wagnera w tle.
Dlatego też pewnie spodobał mi się trailer filmu "2012". Wybiorę się na niego. Mimo, że to typowy, amerykański film katastroficzny, żerujący w dodatku na tematyce, które irytuje mnie niepomiernie. Proroctwa końca świata zawsze mnie śmieszyły. A ich wyznawcy jeszcze bardziej. Jedyny pewny koniec świata, to ten, który nastąpi z chwilą, gdy zgaśnie nasza gwiazda. Czyli jeszcze szmat czasu. Wystarczająco, aby unicestwiły nas same siły przyrody, albo my sami. A nawet jeśli uda nam się kiedyś opuścić Ziemię i uniknąć wszelkich niebezpieczeństw, to zawsze pozostaje jeszcze ponura obietnica końca Wszechświata, który, w zależności od przyjętych założeń, albo będzie się rozszerzał w nieskończoność i w końcu, kiedy wypalą się ostatnie gwiazdy, stanie się zimny i ciemny, albo zacznie się kurczyć i w końcu cała materia zostanie sprasowana do punktu.
Ja tego nie zobaczę. Mój koniec świata nastąpi zupełnie obok samego świata, który totalnie niezainteresowany zajęty będzie swoimi sprawami.
Aż prosi się, aby znalazł się tutaj ten wiersz:
Koniec świata
W dzień końca świata Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, Rybak naprawia błyszczącą sieć. Skaczą w morzu wesołe delfiny, Młode wróble czepiają się rynny I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć. W dzień końca świata Kobiety idą polem pod parasolkami, Pijak zasypia na brzegu trawnika, Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa I noc gwiaździstą odmyka. A którzy czekali błyskawic i gromów, Są zawiedzeni. A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, Nie wierzą, że staje się już. Dopóki słońce i księżyc są w górze, Dopóki trzmiel nawiedza różę, Dopóki dzieci różowe się rodzą, Nikt nie wierzy, że staje się już. Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, Powiada przewiązując pomidory: Innego końca świata nie będzie, Innego końca świata nie będzie.
Czesław Miłosz
niedziela, 08 listopada 2009
Przegląd tygodnia
Notatka z cyklu: "Przegląd tygodnia... + skromny komentarz do sytuacji zastanej".
Poniedziałek
Początek straszliwego okresu w pracy, który przypada na każdy przełom miesięcy - "Raport". Ustają rubaszne rozmówki, śmiech jest jakby rzadziej słyszalny, każdy stara się jak najszybciej skończyć swoją pracę, aby go noc nie zastała.
Wzmożona aktywność działów finansowych oznacza większe obciążenie wszystkich komponentów wchodzących w skład systemu ERP. A to z kolei oznacza, że w naszym 5-osobowym zespole panuje stan najwyższej gotowości bojowej.
***
Wtorek
Praca, praca, praca...
***
Środa
Trzeba się zainteresować uczelnią. Dłubię przy projektach. Po południu znów jadę do biura, aby zobaczyć, czy moja "działka" pracuje jak należy.
***
Czwartek
Uczelnia od rana do wieczora...
A wieczorem... spotkanie. Spotkanie forum, którego adres mam w zakładkach po lewej stronie.
Po spotkaniu mam dwie refleksje...
Po pierwsze, czuję się zbudowany faktem, że oprócz gatunku Queerus Coconus istnieje jeszcze inny gatunek geja. Geja bardziej trzymającego się rzeczywistości, nieegzaltowanego i, użyję tego słowa, choć zostało już zohydzone przez portale randkowe dla LGBT, normalnego. Ludzi wykształconych i mających swoje zdanie. Naprawdę pocieszające.
Po drugie, tu już nie będzie tak wesoło, powoli tracę entuzjazm w kwestii powołania pierwszej w Polsce studenckiej organizacji LGBT. Nasłuchałem się osób, które miały styczność z "uczelnianym betonem".
Na spotkaniu stało się też coś, co zdaje się, zauważyłem tylko ja i niesamowicie mnie to zbulwersowało. Pewna "ciotka-działaczka", cholernie inteligentna, przyzwoicie wykształcona i wygadana, nagle wyrzuciła z siebie takie oto dramatyczne wyznanie: "Nienawidzę ludzi wierzących".
Być może był to "skrót myślowy", ale nie daruję go, bo "ciotka-działaczka" stanęła nie tak dawno po drugiej stronie katedry i aspiruje do bycia "elitą narodu". Zawsze uważałem, że tolerancja, o którą geje i lesbijki od lat walczą, oparta jest w całej swej istocie na szacunku dla drugiego człowieka, bez względu na poglądy, które wyznaje (z wyjątkiem może zbrodniczych ideologii, bo te należy dławić w zarodku). Kto tego nie pojmuje, nie ma prawa krzyczeć i domagać się tolerancji. Wielu tzw. "działaczkom" brakuje wyważenia, bierze górę robespieryzm, ale to zawsze, jak pokazuje historia, kończy się pod ostrzem gilotyny, czymkolwiek ta gilotyna miałaby w dzisiejszych czasach być.
***
Piątek
Praca.
Psychoterapia. Chyba otworzyła się kolejna szufladka w mojej głowie... pora tam zajrzeć. Ścieramy kurz z podpisu... Zaraz, zaraz... Co tam jest napisane? "Mizantropia i pierwotna wrogość wobec ludzi". Może są jeszcze szuflady, które wraz z zawartością powinny na wieki pozostać na strychu duszy..?
***
Sobota
Dłubanie przy projektach. Impreza. Gorzkie konstatacje, na które już dziś nie mam czasu...
***
Niedziela
Wybieram się na rodzinny obiad i na spotkanie z Mężczyzną Mojego Serca.
niedziela, 01 listopada 2009
Wysrać z siebie Polskę
"Muszę często stąd wyjeżdżać, by wysrać z siebie Szwecję i jej głupotę"
August Strindberg
Bardzo spodobały mi się te słowa. Nawiązując do tej myśli, pierwsze, dłuższe opuszczenie Polski było jak wysranie się po przewlekłym zaparciu.
I przychodzi taki czas, że człowiek zaczyna tęsknić do środków przeczyszczających. Czegoś, co pozwoli wydalić z siebie toksynę polskiego piekiełka, egzystencjalnego bólu, medialnej histerii i spiekoty epoki.
O jakby było pięknie zobaczyć, jak przy akompaniamencie spłuczki, w wodnym wirze i mroku kanału znika to wszystko...
Przyszłoroczny psikus
To już chyba tak będzie... Wczoraj znów słyszę pukanie do drzwi. Otwieram...
- Cukierek albo psikus!
Bez słowa napełniam im te worki. Później jeszcze raz i jeszcze raz. Nie otwieram. Zaczyna mnie to już drażnić.
Na koniec przychodzi mi do głowy iście szatański pomysł. Niestety, do zrealizowania za rok. Już ja im zrobię takiego "psikusa", że zmiana spodni będzie konieczna...
I nie chodzi mi o to, że "to kulturowo obcy zwyczaj". Dla mnie to po prostu zabawa szczeniaków. A ja nie lubię "zwyczajów", które w trzeciej dekadzie mojego życia nagle się pojawiają i zaczynają wkraczać w moją codzienność.
***
Dużo myślę o przemijaniu. Taki czas...
Przede mną ciężki tydzień. W firmie raport finansowy. Dla mnie oznacza to całodniowy dyżur nad systemami księgującymi. W dodatku ciągnie się za mną pewna niedokończona sprawa z uczelni. Znów trzeba będzie się wziąć z życiem za łby...
piątek, 30 października 2009
Człowiek zmoknięty psychicznie
Co za tydzień... Dopiero dziś znajduję chwilę, aby cokolwiek napisać. Kiedy decydowałem się na godzenie studiów z pracą, nie miałem pojęcia, że mój harmonogram będzie tak napięty...
Politechnika, tak jak podejrzewałem, jest znacznie bardziej absorbująca niż moja poprzednia Alma Mater. Nie narzekam jednak. Tutaj, nawet jeśli zawalają mnie pracą, to przynajmniej czuję, że robię coś co mnie interesuje i że się rozwijam. Nareszcie na swoim miejscu. Mimo, że to niezły dom wariatów, a Doktor Traszka trafia na moją prywatną listę: "Top 10 największych osobliwości". Facet wygląda jakby miał już dawno skończone 80 lat, zamyka oczy jak mówi, nogawki spina gumkami-recepturkami i w jednym zdaniu potrafi poruszyć trzy, niezwiązane ze sobą wątki. Właściwie, to jest to odrobinę przerażające, jeśli pomyśleć o tym w kontekście zaliczenia... Jako ciekawostkę, dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że ich wykładowcy żyją przeszłością i nie zadają sobie trudu, aby podążać za nowinkami technologicznymi, dodam, że Doktor Traszka ostatnio udostępnił nam kod źródłowy jakiejś swojej aplikacji... Data ostatniej edycji pliku: rok 1987...
Praca stała się dla mnie czymś niesamowicie przyjemnym. Miejscem, do którego lubię przychodzić. Gdzie czuję, że jestem elementem większej maszyny i że gdyby mnie zabrakło, maszyna nie działałaby tak sprawnie, jak podczas mojej obecności. Fantastyczni ludzie. Zgrany zespół. I dziedzina, którą być może uczynię z czasem moją specjalnością zawodową.
Gdzieś tam w tle przewija się mój nerwicowy problem. Terapeuta sprawia, że jakoś udaje mi się nad tym zapanować, choć czasami to jest silniejsze ode mnie. To straszna choroba. Zmieniła moje życie. Wcześniej nie miałem pojęcia jak potężna jest Psyche i jak wielką władzę ma nad Somą. W rozmowach z terapeutą często mu mówię, jak ciężko jest uwierzyć mi w realność tej choroby. Jest bardzo "niedotykalna". Ma dziesiątki twarzy. Mnie dopadła jej hipochondryczna forma. Ludzka psychika jest w stanie wywołać każdy objaw choroby. Nawet gorączkę, czy wysypkę. Każdy z tych objawów przypomina prawdziwy. Mi czasem wariuje serce i spontanicznie bolą różne części ciała. Najgorsza jest noc, kiedy muszę krzyczeć w głębi umysłu, że to wszystko jest tylko urojeniem. Że to nie zawał. Że wcale się nie duszę. Że nie stracę przytomności. To i tak spory postęp. Powoli zaczynam się przyzwyczajać, że mogę tego demona nie przepędzić nigdy. Że największy sukces w moim zasięgu to spętanie go łańcuchami skutecznej terapii i umiejętność panowania nad nim.
Podobno hipochondryk ucieka w choroby, bo nie potrafi przeżywać swoich emocji. Bo ucieka od problemów. Od odpowiedzialności. Sporo się o sobie dowiedziałem u mojego doktorka. Wyszło, jak niezdolny do nawiązywania bliskich relacji jestem. Jak unikam wzięcia na siebie odpowiedzialności. Jak bardzo boję się zmian. I jakie spustoszenie w moim rozwoju psychicznym spowodowało nagłe odejście ojca, gdy byłem nastolatkiem. Zwłaszcza to, że przez postawę "twardziela" nie odżałowałem do końca jego śmierci. To nawet nie półmetek tej ponurej podróży...
Uczę się. Pracuję. Leczę. Na resztę nie mam czasu. Czasem mam wrażenie, że w tym zaabsorbowaniu sobą, usadowiłem się w oku cyklonu. Moje benedyktyńskie zapracowanie naznaczone jest skupieniem i względnym spokojem. A wokół rozpadają się związki o długim stażu, które były mi światełkiem w ciemności. Jedni tracą pracę, inni ją zmieniają. Dziedziczone są majątki i przepijane wypłaty. A ja czasem spoglądam z obszaru spokoju na tę zawieruchę i odkładam w czasie moment, kiedy sforsuję tę ścianę deszczu. Muszę najpierw przestać przemakać. Psychicznie.
|
Zakładki:
Kain czyta:
Kontakt do mnie:
Odwiedzam

|